-Przestań.-mówi blondynka. Patrzy na mnie zaszklone oczy i głaszcze ręką moje włosy. Nadal nie mogę w to uwierzyć.
-Jego koledzy mają dostęp do jego konta i tyle. mówię otwracie i wydostaję sie z ramion przyjaciółki. Wzdycha i bierze telefon do ręki,który przed chwilą odłożyła i wychodzi. Przy drzwiach rzuca tylko:
-Rosedge 21 mieszkania 6.
Marszczę brwi. O co chodziło Ludmile? Kojarze ten adres. To takie dziwne. Takie jakby deja vu. Biorę mój beżowy płaszcz i wychodzę z domu. Uśmiecham się do Petera. To sklepikarz w moim ulubionym warzywniaku. Przyspieszam kroku. Tutaj. Klikam podrapaną 6 i słyszę pisk.
-Kto tam?-ten głos. Znam ten głos. Czy to kolejne deja vu? Ja już to kiedyś słyszałam.-Halo?Ktoś tam jest? Proszę się odezwać!
Przełykam głośno ślinę i odzywam się.
-Z tej strony Violetta Castillo. Mogłaby mnie pani wpuścić? To ważne.
Przełykam gorącą ciecz i odstawiam an szklany stolik.
-Moja przyjaciółka podała mi ten adres. Czy mogłaby mi pani się przedstawić? Wiem,to głupie,ale prawdopodobnie mój zmarły mąż żyje. I coś czuje,że jest mi pani w tym potrzebna.
Zamiast gromkich oklasków słyszę nieznośny śmiech. Kobieta,a raczej staruszka odstawia udekorowaną oraz pozłacaną filiżankę na stolik.
-Ile ty masz lat dziecko? Przychodzisz do nieznanej ci osoby i prosisz ją o przysługę? Chyba zwariowałaś. Na świecie nie jest nic za darmo.
Siada obok mnie i włącza mały telewizor. Widać na nim różne,kolorowe szlaczki. Patrzę w ekran.
Witamy w dzisiejszych wiadomościach!
Siwa staruszka parska śmiechem i wyłącza malutki telewizorek. Ja wzdycham.
-No,bo ja tak jakby źle się pani przedstawiłam.-biorę ostatniego łyka herbaty.-Bo ja tak bardziej to nazywam się Violetta Verdas.
Zaciskam zęby,gdy widzę,gdy filiżanka wylatuje z rąk staruszki.
-Ale mój syn nie jest żonaty.
~~~~~~~~~~~~~~~`
Na wstępie:
DŁUGO MNIE NIE BYŁO BLABLABLA
WAKACJE!
HELOŁ!
Kolonie! Heloł!
No wlaśnie!
Tyle
Emily ♥





